Relacja Przemka ze 147 ultra

przemek147

To miał być jedyny i wyjątkowy bieg z kilku powodów. Jedyny dlatego że to ostatnia edycja(mam wielką nadzieję że nie) a wyjątkowy gdyż chciałem odegrać się za poprzedni rok oraz zająć dobre miejsce. Nikomu nie mówiłem przed biegiem jaki wynik chciałem osiągnąć żeby nie było śmiechu później. Teraz mogę powiedzieć że przed biegiem liczyłem na pierwsze miejsce w open a czasowo zejść poniżej 16h. Ogólnie nie sprawdzałem listy startowej czy są tam jacyś znani zawodnicy bo nie orientuję się kto jest dobry a szkoda mi było czasu na takie pierdoły. Ale wiedziałem że z mojego teamu startują starzy(dosłownie 😀 ) wyjadacze tacy jak Grabi,Marinero czy NTom. Czyli w dwóch słowach mocna ekipa która jest na topie. Pierwszy przygotowuje się do spartathlonu,drugi ostatnio wykręcił niesamowity wynik w biegu dwunastogodzinnym a trzeci ma jak zawsze bardzo dobrą formę choć podobno startował z kontuzją. Kolejną rzeczą która wskazywała na to że ukończę ten bieg była moja statystyka. Był to mój czwarty start i nie mogłem trzeci raz polec. Tak więc musiałem doprowadzić do remisu. Warto też wspomnieć że prognozy nie zapowiadały się sprzyjające a też gdzieś usłyszałem że ma być niezłe błoto na trasie jak w poprzednim roku. Przed startem standardowo czułem tylko lekki stres. Na zamku jak zawsze pełno znajomych i ten niezapomniany klimat. O godzinie 20:00 cała grupa ruszyła w pogoni do Kołobrzegu. Na początku standardowo były roszady z przodu stawki a ja trzymałem swoje tempo które wynosiło 5:00 – 5:20 / km. Gdy wszyscy znaleźli swoje w szeregu wyszło na to że byłem na dziewiątej pozycji. Pierwsza dwójka narzuciła ostre tempo i szybko zniknęli mi z oczu. Nie przejmowałem się tym i realizowałem swój plan. Opłaciło się to gdyż już na pierwszym punkcie który był na 32 kilometrze znalazłem się na trzeciej pozycji. Zaraz za mną wpadło dwóch zawodników lecz po opuszczeniu punktu mieli oni wolniejsze tempo i im uciekłem. Kolejne 18km to był praktycznie bieg w samotności. Oprócz kilku par oczu żadnej żywej duszy na trasie nie widziałem. Zbliżając się do pierwszego przepaku(50km) na jakieś dwa kilometry przed nim zauważyłem błysk czołówki. Zadowolony z tego że trzymanie równego tempa opłaca się dogoniłem niestety NToma. Miałem nadzieję że to ten drugi który z nim na początku biegł. Ogólnie myślałem że go wyprzedzę i dalej będę biegł sam lecz Tomek nie odpuszczał i biegł równo ze mną. Tak więc przed punktem postanowiłem puścić go przodem i przejść do marszu żeby się napić i zjeść swoje specyfiki. Na punkcie uzupełniłem kamizelkę oraz swój brzuch. Butów nie przebierałem gdyż informacje o błocie okazały się plotkami. Tak stwierdziłem po tym pierwszym odcinku. Nie stresowałem się tym że Tomek poleciał kilka minut wcześniej ode mnie. Myślałem że skoro go doszedłem przed punktem to i go dojdę za nim. Tak też było. Biegnąc dalej razem przechodziliśmy od czasu do czasu do krótkiego marszu. Nie żebym ja go potrzebował bo się świetnie czułem. W zasadzie mogłem sam biec dalej ale jakoś pasowała mi ta opcja. Pewnie gdyby to był ktoś obcy to bym olał i pobiegł dalej. Kontynuując naszą ,,walkę” na dwa kilometry przed kolejnym punktem dogoniliśmy gagatka który zajmował pierwszą pozycję. Tempo miał o wiele wolniejsze więc go szybko machnęliśmy i dotarliśmy do punktu kontrolnego. Gość przybiegł chwilę po nas ale tyle nas już widział. Następnie czekało nas 20km biegu do kolejnej jadłodajni. Samopoczucie było w jak najlepszym stanie i nogi podawały jak trzeba. Tym razem przed tym punktem Tomek stwierdził żebym leciał dalej sam. Chłopak wyłapał kryzys a ja poleciałem dalej biegiem. Przeważnie przed każdym punktem piłem magnez,stymulator oraz jadłem żel. Mając mokre ręce nie mogłem sobie poradzić z otworzeniem stymulatora więc poprosiłem policjanta o otworzenie łapiąc w międzyczasie pomarańczę. Następnie wypiłem ten stymulator,zjadłem całego banana i na koniec stwierdziłem że napiję się coli. To był mój błąd bo zrobiło mi się niedobrze i padłem na kolana czekając aż mi się odbije. Chyba nie muszę mówić jak mi się odbiło ale smak banana i stymulatora czułem przez kilka dobrych kilometrów. Warto wspomnieć że mój kolega z teamu wpadł na ten punkt szybko coś zjadł jak pelikan i wypadł mimo kryzysu. Tak więc znów go musiałem minąć. Mimo nieplanowanej awarii czułem się w miarę ok lecz zastanawiałem się czy mi starczy energii. Całe szczęście starczyło i na setny kilometr wpadłem pierwszy i pierwszy wypadłem. Na przepaku przebrałem buty gdyż po napotkanym deszczu na drugim odcinku trasy miałem je mokre. Zmusiłem się także do spożycia żelu ale nic poza nim gdyż nie chciałem mieć powtórki z rozrywki. Ogromnym błędem było to że wypiłem tylko jeden kubek ciepłej zupy. Czemu błędem? A to powiem za 16km. 🙂 Z punktu wyleciałem pełen optymizmu gdyż kolejny był za 9km a jeszcze kolejny na którym skupiła się moja uwaga był na 128km. Myślałem że jak dolecę do niego pierwszy to już nikt mi nie odbierze zwycięstwa gdyż już będzie z górki. Wszystko szło zgodnie z planem do jakoś 116km gdzie wyłapałem pierwszy mały kryzys. Przeszedłem do marszu i podczas niego Tomek mnie wyprzedził. Kryzys mój wynikał z braku paliwa. W brzuchu niewiele zostało a ja czułem jak moje ciało powoli słabnie. Jedyne co miałem w kamizelce to żel, magnez i całe szczęście knopers. Szkoda że tylko jeden ale zawsze to coś. Po dłuższej chwili marszu przeszedłem do biegu gdyż wiedziałem że jak minę wiochę to będę miał dłuuuugą prostą przez pola a następnie kawałek lasu i wylatując z niego punkt z żarciem. Tak więc powiedzmy że koncertowo pokonałem te pola i na 900 metrów przed punktem musiałem się położyć na glebie z braku mocy. W głowie miałem uczucie jakbym miał zaraz zemdleć. Z resztą bardzo słabo się czułem. Obawiałem się że z braku mocy będę musiał dzwonić do organizatora żeby mnie ściągnęli z trasy. Dłuższą chwilę poleżałem i ledwo co ruszyłem dalej. Strażacy którzy obsługiwali punkt powiedzieli że słabo wyglądam… Pomyślałem sobie…no co wy k… nie powiecie. Tutaj postanowiłem zmienić swoje menu które ograniczało się dotychczas do pomarańczy i banana. Siadłem zmarnowany koło bułek i zacząłem wpieprzać jedną za drugą popijając je pyszną miętową herbatą. Nie wiem ile tam siedziałem ale wydawało mi się że za niedługo zaczną mnie łykać zawodnicy na trasie. Pierwszy kilometr przeczłapałem ale dalej już znowu czułem się gotowy do działania. Tak więc przeplatałem bieg z marszem do kolejnego punktu. Nie myślałem już o zwycięstwie tylko o tym żeby przeplatać do końca niezależnie jaki będzie efekt końcowy. Do 144 kilometra jako tako to szło i nawet dobrze się czułem. Niewiele tam zjadłem gdyż nie byłem głodny. Na punkcie okazało się że tracę do Tomka równe 30 minut. Niby to duża przewaga na ostatnie 15km ale z drugiej strony mój kolega też nie był świeży. Przez chwilę przemknęła mi myśl żeby spróbować go gonić ale postanowiłem ochłonąć i dowieźć to co mam. Dylematem byli zawodnicy za mną. Wiedziałem że w Płotach(109 kilometr) miałem godzinę przewagi nad trzecim zawodnikiem ale przecież ja też wyłapałem dwa kryzysy które zabrały mi sporo czasu zanim się pozbierałem do kupy. Trasę doskonale znałem więc wiedziałem że jak dolecę do skrętu z drogi krajowej zostanie mi tylko przemknięcie przez jakąś tam krótką wioskę, kawałek lasem i wylatuję na ostatnie kilka prostych do mety. Optymistycznie ruszyłem w kierunku mety wyznaczając sobie cel przeplatania biegu z marszem do końca. Sił wystarczyło tylko do skrętu z drogi krajowej a dalej już szedłem. Izo które miałem okrutnie mi się przepiło i nie chciałem już tego pić. Do mety zostało jedyne 9km a ja nie mogłem się zmusić do biegu. Na dodatek słońce zaczęło dawać popalić i jedyną rzeczą o której marzyłem to butelka wody. Na długich prostych kontrolowałem tylko czy ktoś się nie czai za mną. Docierając do Kołobrzegu mijałem matkę z dzieckiem która jadła lody. Miałem ogromną chęć ich z nich ograbić gdyż na moje nieszczęście po drodze żadnego sklepu nie było. Lecz los się do mnie uśmiechnął i obdarzył mnie apteką. Wpadłem do niej uzupełniając bidony wodą którą od razu wypiłem. Na jakiś kilometr może troszeczkę więcej dotarłem do pierwszego ronda(do mety zostaje ostatnia prosta na których jest kilka rond). Obracając się moje oczy ujrzały z daleka dwie postacie…biegnące postacie!! Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to to że kuźwa muszę ruszyć dupę żeby mnie nie doszli. W sumie odległość była dość spora ale wiadomo co się robi na końcówce biegu. Tak więc ruszyłem się i biegłem do mety oglądając się co jakiś czas aby kontrolować przeciwników. Odległość się nie zmniejszała i na ostatnim zakręcie wiedziałem że się udało. Łzy z radości zaczęły lecieć jak woda z źródła. Trochę je ogarnąłem żeby wyglądać jakoś wyjściowo. Na mecie niedowierzałem ale stało się. Doleciałem z wystrzałowym jak dla mnie wynikiem i na dodatek zająłem drugie miejsce open. Takiego sukcesu już raczej nigdzie nie powtórzę. Ale warto było się zajechać aby być choć jeden dzień szczęśliwy do granic możliwości. Mój czas to – 18h 13min 30 sek.
Na koniec chciałbym ogromnie podziękować wszystkim którzy przyczynili się do organizacji tego biegu. Monice i Klaudii za przyjście na start. No i Tomkowi za wspólną przebieżkę. Jeszcze dużo mi brakuje do twojego doświadczenia ale postaram się to w tym roku nadrobić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.